- Raz, dwa, trzy, odskok - Shinoda powtarzał formułkę przy unikaniu skrzydeł wiatraka. - Raz - pchnął z całej siły w przedmiot, po czym drugi raz i trzeci i czwarty. Zapominając się, zrobił jedno uderzenie za dużo i unik, choć w miarę poprawny, zrobiony był za późno. Drewnianego przedmiot, którego każde ramie zakończone było metalowym końcem, uderzył Mike w lewą rękę, jednocześnie strącając go z niewysokiej platformy. - Kurwa - syknął pod nosem i złapał się za bolące miejsce.
- Gdyby zamiast metalowego końca, był ostry miecz, nie miałbyś już ręki - Geralt stanął nad, leżącym na ziemi, muzykiem i uśmiechnął się lekko, unosząc jedną brew. - Wstawaj.
- Śmieszy cię to? - Shinoda pozbierał się i wstał, nadal trzymając się za bolące ramię oraz podnosząc, znajdujący się obok niego, miecz - Daj mi spokój - zmarszczył brwi i usiadł na drewnianej platformie, mamrocząc pod nosem. Czasem miał ochotę rzucić to wszystko w cholerę, jednak coś go blokowało. Czuł się inaczej, lepiej, tutaj niż w świecie, gdzie znany jest jako muzyk z zespołu Linkin Park i zajmuje się mordowaniem ludzi, za niemałe pieniądze. To wszystko zaczynało go w pewnym sensie nudzić. Owszem, przy pozbywaniu się osób, tylko dlatego, że nie podobały się zleceniodawcy, miały swój urok, ale zaczynało mu brakować w tym wszystkim większego sensu, a wynagrodzenia stawały się już tak jakby oczywiste. A jeśli chodzi o zespół. Miał już trochę dość ciągłej rutyny. Układanie melodii, pisanie tekstów, wydawanie płyty, różne akcje promocyjne, koncerty i tak w kółko. Pieprzona rutyna.
- Halo - Geralt pomachał dłonią przed zamyśloną twarzą muzyka, po czym uderzył go w bolące ramię. - Jak wolisz, to zawołam Lamberta - dodał po chwili z podstępnym uśmiechem.
- Dobra, dobra. Tylko nie... - wypowiedź przerwało mu rżenie koni, które wjechały na plac. Wiedźmin spostrzegł szybko, że brakuje jednej osoby i ciągle miał nadzieję, że wyjedzie zaraz zza kamiennego muru. Nikt więcej. Zmarszczył czoło i wolnym krokiem ruszył w stronę Yennefer i Vesemira, zostawiając z tyłu Shinodę, biorącego się za dalsze ćwiczenia. Patrzył dziwnie spokojnym wzrokiem na stojącą nieruchomo czarodziejkę, której czarne loki, jak zwykle unoszone przez wiatr, delikatnie falowały i otulały jej twarz. Nie musiał o nic pytać, bardzo dobrze znała jego myśli. Mogła odpowiedzieć, lecz nie zrobiła tego.
- Zawiozłaś ją tam - powiedział tylko to, po czym marszcząc czoło i zaciskając pięści udał się w kierunku głównej bramy. Nie odwracał się. I dobrze, zobaczyłby tylko fiołkowe oczy, które ukrywały smutek, pod osłoną obojętności.
***
- Czyli, ponoć mój przyjaciel będzie utrudnieniem dla mojego klienta? - spytał wpatrując się w kamienną ścianę przed sobą, jednocześnie trzymając butlę alkoholu.
- Zgadza się.
- Czyli, co mam dokładnie zrobić? - spytał, nadal patrząc się na wprost i unosząc jedną brew w górę.
- Zabić go - syknął pod nosem brązowowłosy mężczyzna, który bawił się sztyletem, po czym uśmiechnął się złowieszczo i spojrzał na, stojącego przed nim, jegomościa w kapturze. Ten tylko skinął głową i przechylił delikatnie głowę w stronę zleceniodawcy, by ten mógł spostrzec jego niemałe zadowolenie.
- Cała przyjemność po mojej stronie - rzekł. - Powiedz panu Hammondowi, że niedługo zabieram się do pracy.
***
Powrócił dopiero późnym wieczorem, gdy większość domowników kładła się spać. W tej większości nie było Yennefer, która widocznie na niego czekała. Stała przy oknie i wpatrywała się w zapalone pochodnie, rzucające nieduże światło na kamienne ściany i ziemię porośniętą trawą. Geralt próbując nie zwracać na kobietę uwagi, usiadł przed lustrem, by ułożyć niesforne włosy w kitkę. Oboje milczeli wykonując własne czynności. I choć każde z nich chciało w jakiś sposób odezwać się chociaż jednym słowem, nie mogli. Yennefer wiedziała, że Geralt, gdyby mógł, najchętniej poszedłby już spać, by nie mieć okazji przeprowadzenia poważnej rozmowy, które były najgorsze. Przecież czytała jego myśli. A on, mimo, że o tym wiedział, nadal nie powstrzymywał się od wypowiadania niektórych słów w głowie. Po chwili wstał i ze zmarszczonym czołem udał się na łóżko, gdzie odgarniając czerwoną kołdrę, położył się na nim i zaczął układać poduszkę, by móc po chwili ułożyć wygodnie głowę.
- Myślisz, że unikanie rozmowy jest najlepszym wyjściem? - Yennefer spytała cicho, nadal wpatrując się w okno. Tak. Nie musiał odpowiadać, by mogła znać odpowiedź. Ponownie milczeli. Wiedźmin zamknął oczy i wsłuchując się we własny oddech, próbował zasnąć i ignorować myśli związane z Pat. - Geralt, proszę cię. Porozmawiaj ze mną - powiedziała nienaturalnym głosem, zupełnie tak, jakby zaraz miała się rozpłakać. Nie musiała wiele prosić, by poczuć znajome ciepło, bijące od bladego ciała. Ten głos momentalnie rozbił oschłą barierę, która była skutkiem ostatniego wydarzenia. - Musiałam to zrobić. Pat potrzebuje kogoś, kto pokaże jej jak dobrze opanować jej dar.
- Czemu ty nie możesz tego zrobić? - spytał cicho i objął ją w tali masywnymi rękoma. Wtulając swą twarz w jej czarne loki, zamknął oczy i spokojnie wyczekiwał odpowiedzi.
- Nauczyłam ją podstaw - położyła swoje delikatne dłonie na palce mężczyzny. - Reszty nie potrafiłam jej nauczyć. Jej dar jest zbyt potężny, Geralt - odwróciła się zgrabnie i spojrzała na jego kamienną twarz. - To coś na zasadzie mocy Ciri, lecz nie potrafiłam określić do czego Pat jest zdolna. Tam, na wyspie obok Vengerbergu, już niedługo, czekać na nas będzie odpowiedź - rzekła i przytuliła się do wiedźmina, zatapiając swą twarz w jego klatce piersiowej.
Witajcie Kochani. <3
Przychodzę do Was z krótkim rozdziałem. Wybaczcie, ale brak weny ponownie mnie dopadł. ;-;
Mam nadzieję, że się podobało i czekam na Wasze opinie w komentarzach. <3
Do zobaczenia Kochani. <3
Bywajcie!
