Minął dokładnie tydzień, który każdy spędził w dość nerwowy
sposób. Geralt z nową raną na klatce piersiowej, cały czas chodził
zdenerwowany, co odbiło się również na Shinodzie i Lambercie. Zlecenie na parę
ghulów okazało się nie tak łatwe jak się wydawało. Potwory, nie dość, że wcale
nie wyglądały tak jak opisane przez wieśniaków, to w dodatku znalazło się ich
tam więcej, niż Wilk przypuszczał. Cała walka odbywała się w deszczowy,
wietrzny dzień.
***
Płotka wesoło stąpała po wydeptanej ścieżce do wsi Dajno i
zarzucała łbem na lewo i prawo. Wiedziała, że czeka na nią dobry, świeży owies
przy pobliskiej gospodzie. Geralt z kamienną twarzą, sztywno trzymał lejce,
upewniając się w głowię, że pamięta listę rzeczy, które ma zrobić. Dwa miecze
przyczepione do jego pleców, od czasu do czasu pocierały się pochwami, wydając
charakterystyczny dźwięk drapanej skóry. Futerały te wyglądały prawie
identycznie. Lewy, ten od srebrnego ostrza, w większości był koloru brudnej
czerwieni z elementami metalicznych pasów, które przechodziły pod skosem po
obydwóch stronach. Prawy, od broni
stalowej, również tego samego koloru co poprzedni, lecz zdobiły go szaro beżowe
małe linie, przechodzące pod tym samym kątem jak w przypadku pierwszej pochwy.
Całość prezentowała się niemal idealnie, wraz ze znajdującą się obok nich kuszą,
zrobioną z mahoniowego drewna i jaśniejszego, sosnowego uchwytu, który
wysadzany był małymi perełkami. Mimo, że delikatnie wystawały poza warstwę
grubego i solidnego drewna, nie stanowiły utrudnienia w trzymaniu broni. Wręcz
przeciwnie, sprawiały, że kuszę idealnie trzymało się w chropowatej rękawicy. Orzech wykonany był z
idealnie wyrzeźbionego metalu wydobytego z Gór Jerhar. Surowce wzięte z tamtych
terenów, nie tylko należały do najlepszych i najtrwalszych, ale i także do
jednych z najdroższych. Geralt zdobył te kuszę od jednego z zamorskich
handlarzy rzadkimi towarami. Uwielbiał patrzeć na wystawiane tam bronie miotające i białe.
Chodził od jednego stanowiska do drugiego w poszukiwaniu rzadkich i doskonałych
mieczy i zbroi. Pewnego dnia, gdy ujrzał, nie tylko dobrą ale i ładną kuszę,
postanowił, że czas spróbować czegoś nowego. W życiu nie spodziewał się, że owy
przedmiot tak bardzo mu się przyda. Wystarczy jeden bełt, z ostrym, srebrnym
grotem, wystrzelony w odpowiednim momencie, by zwalić Gryfa Królewskiego na
ziemię. Potem to już kwestia ostrza.
- Mutant! - chodzący po wsi wieśniacy, jak zwykle zresztą,
patrzyli na wiedźmina ze zdziwieniem i lekką pogardą oraz krzątali się pod
kopytami Płotki. Każdego, kogo uznawali
za mutanta, stawał się w ich oczach,
bezduszną machiną do zabijania oraz, oczywiście, był gorszy od innych. Gdyby
nie to, że wiedźmini ratowali wioski od zła wcielonego w potwory, dawno
mieszkaliby po lasach i ukrywali się jak zwierzyna uciekająca przed myśliwym.
Co prawda, gdyby Geralt miał taką ochotę, wyludnił by całą wieś bez większego
wysiłku. Nie bez powodu nazywają go Rzeźnikiem z Blaviken. Czasem po prostu
lecą głowy. Wieśniacy dzielili się na tych, którzy gardzą i plują na jego widok
i na takich, prawie, że wielbiących jego imię. Wszystko zależało od tego, czy
Wilk przyjmował zlecenia z danej wsi, czy też nie. Patrząc na czasy, w jakich
się znajdował, nie powinien gardzić nawet złamanym groszem, lecz czasami po
prostu nie opłacało mu się nadstawiać karku za trzy korony. Nie starczyłoby
nawet na porządne eliksiry, które z reguły, Geralt robił sam, zbierając gdzieś
na szlaku zioła potrzebne do przyrządzenia danego specyfiku. Mocny wiatr targał
jego szarymi włosami, sprawiając, że niesforne kosmyki wpadały mu do oczu i
buzi, wprawiając go jednocześnie w wielkie niezadowolenie i lekką irytację. Puścił lejce i sięgnął po gumkę, po czym
związał czuprynę w niezgrabną kitkę. Cały czas utrzymywał się na Płotce za
pomocą nóg, którymi zdolnie kierował koniem między wieśniakami. Dajno należało
do dużych wsi, więc pokonanie trasy od punktu A, znajdującego się na bramie
wjazdowej do punktu B, będącym domem znajomego kowala, zajmowało trochę czasu.
Szczególnie jeśli trzeba przejechać przez morze powolnych i niezadowolonych
mieszkańców, narzekających za każdym razem, gdy przez przypadek zahaczy się ich
strzemieniem lub końskim ogonem.
- Zaraza, zanosi się na deszcz – stwierdził, gdy poczuł
nagły podmuch wiatru po chwili spokoju. Szybko i zwinnie wyciągnął narzutę z
juków i założył ją. Chmury robiły się coraz ciemniejsze oraz bardziej puchate.
Zaczynały budzić grozę wśród wieśniaków, krzątających się nerwowo po polnej
drodze. Jedni biegiem uciekali do domów, a drudzy w pośpiechu zdejmowali
pranie, chowali kowalskie narzędzia lub prowadzili zwierzęta do małych i
ciemnych obórek. Dzieci zamiast zachowywać się jak reszta, ze
zniecierpliwieniem czekały na rozwój wydarzeń, jednocześnie goniąc się między
balowymi chatami, których większość miała zamknięte drzwi, a niekiedy okna.
Szkło tak naprawdę posiadał tylko sołtys i karczmarz, zwykłych mieszkańców, tej typowo nastawionej na zysk ze zbóż,
wioski, nie stać było na lepsze, bardziej szczelne drzwi, a co dopiero okna. Z niektórych kominów unosiły się kłęby szarego
i gęstego dymu, który brnął leniwie w górę. Rodziny zaczynały przygotowywać się
na chwilę lub godziny chłodnego powietrza, będącego coraz bliżej biednej wsi.
Pojedyncze, wystające z ziemi kłosy pszenicy, powstałej na wskutek
przypadkowego osunięcia się małych ziarenek na glebę i pielęgnacji matki
natury, wystawiały swoją sztukę, szaleńczo kołysając się przód i w tył. Geralt
pognał Płotkę, by szybciej znaleźć się na miejscu. Niestety wiedząc, że nie
zdąży, musiał udać się do karczmy, która
była najbliżej. Wprowadził konia do większej obory, obok drewnianej chaty i
udał się do gospody. Masywne dębowe drzwi, popchnięte silnym podmuchem wiatru, zamknęły się za nim z trzaskiem, powodując, że
wszystkie oczy skierowane były na tajemniczego wędrowca z twarzą ukrytą w
cieniu kaptura. Zapanowała cisza, którą przerywała jedynie wietrzna pogoda i
krople deszczu uderzające o szklane okna. Biały Wilk stąpał pewnie w stronę
karczmarza, nadal nie zdejmując z siebie przemokniętego okrycia.
- Daj wiadro dla konia – wiele nie musiał tłumaczyć, by
karczmarz domyślił się o co chodzi. Posłusznie, więc udał się do drugiego
pomieszczenia, gdzie wsypał owies z zadbanego,
beżowego wora do metalowego kubła, po czym wrócił i z lekkim trudem uniósł
go, a następnie położył na ladzie.
- Dziesięć koron będzie – Geralt zmarszczył czoło i zmrużył oczy
tak, że wyglądały jak błyszczące się, pomarańczowe brylanciki. Brylanciki
budzące grozę i niepokój. Słyszał jak tempo bicia serca karczmarza przyspiesza,
a na jego czole dostrzegł małe krople potu. Sięgnął po sakwę, wybrał parę monet
i rzucił je niechlujnie przed karczmarza, po czym chwycił wiadro i ruszył ku
wyjściu. Kątem oka rozejrzał się po karczmie i wyszedł z takim samym hukiem, z
jakim tutaj wszedł. Kiedy wszedł do obory, Płotka wesoło zarżała i zatupała
wesoło widząc właściciela z wiadrem pełnym jedzenia. Geralt położył je obok
konia i udał się na przeciwną część pomieszczenia, gdzie wyjął gałązki
pozbierane po drodze i ułożył je na kupce. Westchnął cicho i pstryknięciem
palca, za pomocą Igni podpalił stosik drewna, wyginając jednocześnie usta w
lekki uśmiech. Wiatr przedostawał się przez szczeliny między deskami i kołysał
płomieniem we wszystkie strony. Smugi światła otulały twarz Geralta siedzącego
w siadzie skrzyżnym, lekko nachylonego, znudzonego wstrętną pogodą, która
nawiedzała jego życie co parę dni. Nienawidził porywistego wiatru i ostrych jak
brzytwy kropli spływających po niebie niczym strzały wystrzelone przez
zawodowych łuczników. Zawsze w kogoś trafiały. Niepospiesznie zdjął z siebie
przemoczoną, czarną narzutę, odkrywając świecącą się zbroję. Poprawił dokładnie
metaliczny pas, w którym odbijały się języki płonących gałązek, biegnący od
prawej strony szyi do lewej pachy i dalej zataczał się po plecach by powrócić
do miejsca przy karku. Patrząc na,
zajadająca owies, Płotkę, złapał za
czarny, skórzany kołnierz i postawił go idealnie, odginając poprawnie każde
nieładne zagięcie, psujące wizualny efekt. Przejechawszy chropowatą, solidną
rękawicą po ćwiekach, znajdujących się na brązowych pasach idących podobnie jak
ramiączka podkoszulki, zaczynając się w połowię łopatek, na wysokości pach z
przodu kończąc, starł resztki kurzu. Zadowolony z perfekcyjnego wyglądu zbroi,
spojrzał na leżące obok niego dwa miecze oraz kuszę. Nie wiedząc co ze sobą
zrobić postanowił przygotować się na walkę z ghulami, o których mówił,
wcześniej spotkany staruszek. Przecież musiał mieć z czego dopłacić kowalowi za
prezent dla Pat. Geralt postanowił zapytać się o więcej szczegółów. Przecież
ktoś musiał coś wiedzieć. Nie mylił się. Nienawidził pracować w taką pogodę,
lecz wiedział, że musi załatwić to szybko i jak najszybciej wracać do Kaer
Morhen. Zamknął oczy i westchnął, spokojnie nabierając powietrza, jednocześnie
marszcząc czoło. Zaczynało grzmieć. Wstał
nie spiesząc się i podszedł do Płotki, by wyciągnąć z juków Olej Przeciw
Trupojadom. Po wróceniu na swoje miejsce, chwycił za pochwę i wyciągnął z niej
srebrny miecz, kładąc go po chwili na kolanach. Przejrzawszy się w, idealnie
odbijającym obraz, ostrzu zaczął smarować je olejem, który zadawał dodatkowe
obrażenia trupojadom. Ghule wyglądały dość specyficznie. Chodzące na czterech
łapach monstrum. Kończyny zakończone ogromnymi i ostrymi pazurami,
rozszarpującymi ciała nieboszczyków i żywych ludzi. Gębę miało podobną do
zdeformowanej twarzy starca, który nie żył od paru tygodni, a na tułowiu mały
niby ogon. Cały pokryty był chropowatą skórą, przypominającą zgniłe i
zaschnięte mięśnie, a dodatkowo czuć było od nich odór rozkładających się
zwłok. Kiedy zakończył smarowanie ostrza, wstał i przyczepił z powrotem miecze
do pleców. Kuszy nie ściągał w ogóle. Ubrał narzutę i wolnym krokiem udał się w
stronę wyjścia. Biorąc głęboki wdech, spojrzał na Płotkę i otworzył drewnienie drzwi.
Podmuch powietrza uderzył w niego z taką siłą, że odepchnęło go delikatnie do
tyłu, a kaptur zjechał w dół, odsłaniając białe włosy, które mimo, że spięte w
nieładną lecz wytrzymałą kitkę, niesfornie unosiły się wraz z kierunkiem
wiatru. Nawet nie zauważył, kiedy zrobił się ciemny wieczór. W jednym momencie
ogromna błyskawica rozwidlająca się we wszystkie strony, rozświetliła sobą całe
podwórze tak, że mieszkańcy skryci w karczmie dostrzegli twarz nieznajomego.
Zniknęła. Pozostały tylko mieniące się, pomarańczowe oczy, które brnęły przez
ciemności. Geralt bardzo dobrze wiedział, gdzie ma się udać i po co idzie.
Początkowo szedł spokojnie z nutą ostrożności, gdyż nie wiadomo, czy trupojady
nie przeniosły się gdzieś dalej. Czuł, że jest niedaleko miejsca, wskazanego przez
wieśniaka, nie tylko po zapachu rozkładających się ciał, ale i odgłosach, które
słyszał. Były inne niż te, jakie wydawały ghule i zdecydowanie znajdowało się
tam tego więcej, niż ,,parę’’ osobników. Kroczył dalej, teraz już bardzo
ostrożnie. Nasłuchiwał dokładnie próbując zinterpretować odgłosy tajemniczych
stworzeń.
- Zgnilce – pomyślał, po czym wyciągnął srebrny miecz z
pochwy. Ohydne stwory stojące na dwóch łapach, przypominające człowieka, tyle,
że bez skóry. Same nadgnite mięśnie i ścięgna. Geralt nienawidził ich
specyficznego wybuchania. Kiedy nie zabiło się ich przez odcięcie głowy,
zaczynały charczeć i puchnąć, po czym eksplodowały oblewając wszystko dookoła
ciemną i starą krwią. Zmywanie tego
paskudztwa zajmuje godziny, a odór i tak
utrzymuje się przez kolejny tydzień. Czasem problem znika po interwencji
Yennefer, która nie może znieść smrodu unoszącego się wokół Geralta. Wypił specyficzny
eliksir, a następnie położył buteleczkę cicho na ziemi. Wilk zmrużył oczy,
zmarszczył czoło i podszedł bezszelestnie do pierwszej ofiary. Kiedy błysnęła
błyskawica, ostrze wpadło w ruch, a po chwili ciemna krew roztrysnęła się w
stronę pozostałych stworów. Ohydy łeb upadł na ziemię z odgłosem głośnego plasknięcia.
Dobrze wiedział, ze nie ma już odwrotu, musiał działać. Uskoczył w lewo przed szponami
zgnilca, robiąc kozła przed siebie, po czym zgrabnie wstając, umiejętnie odciął
kolejną głowę. Zwinnie obracał się wśród chmary potworów, tnąc niczym drwal drzewa. Każde cięcie, każdy ruch,
dopracowany był w najmniejszym szczególe. Odpowiednie ugięcie kolan w danym
momencie, czy idealny kąt cięcia, dawał niesamowity i niepowtarzalny rezultat.
Bijące pioruny, porywisty wiatr i tnący deszcz dawały o sobie znać, lecz Geralt
za bardzo był skupiony na rzezi. Po
jakimś czasie stąpał skórzanymi butami w ciemnoczerwonym morzu, a krople
deszczu tworzyły strumyki krwi z plam, jeszcze ciepłej mazi, na jego wściekłej twarzy. Oczy zmrużone niczym
u bezlitosnego zabójcy, a czoło zmarszczone jak u człowieka pragnącego tylko i
wyłącznie śmierci innych. Może dlatego ludzie nazywali ich machinami do
zabijania. Kroczyli wśród największego zła, drocząc się ze śmiercią, drwiąc z
niej, pokazując, że są wart więcej niż każdy myśli. Ukazując słabość Matki
Natury, która chciała ukarać świat zsyłając na ziemię potwory łaknące ludzkiej
krwi. Siejące grozę i ogromny strach. Wiedźmini jednak tego nie odczuwali, brnęli
w wojnę ze Stworzycielką. Nieoczekiwanie
usłyszał ciche, jakby tłumione charczenie. Nie zdążył, eksplozja przesunęła go
do przodu. Nieszczęśliwie trafił na szpony zgnilca, który przeciął klatkę
piersiową mężczyzny, nie daleko lewej piersi, tworząc głęboką ranę. Geralt
cicho klnąc pod nosem z całej siły cisnął z szyję potwora odcinając mu łeb. Klął
głośno. Wpadł w jeszcze większy szał. Eliksir zaczął działać. Źrenice o wiele
się zwężyły, a dłoń mocniej zacisnęła się na rękojeści. Ciął bezbłędnie. Za
każdym razem skutecznie i z ogromnym efektem. Krew tryskała we wszystkie
strony, również na jego twarz, na której gościła dzika wściekłość. Kroczył
wśród ciemności, wśród mroku, krążył w kółko, robiąc piruety i wymachując mieczem.
Cisza. Niczego już nie było. Właśnie po raz kolejny pokonał śmierć.
***
Lambert siedział wraz z Mike’iem na ławie wykonanej przez
Vesemira, który aktualnie zajmował się wyrwą w murze. Geralt przegryzając dolną
wargę czekał ze zniecierpliwieniem na decyzję Yennefer w jakim dublecie uda się
na bal. Nienawidził dubletów. Miał cichą nadzieję, że tym razem czarodziejka
wybierze coś wygodniejszego i ładniejszego niż na ostatnim balu, gdzie
praktycznie nie mógł za bardzo ruszać rękoma. Mimo tego, ponoć wyglądał bardzo
szykownie i wzbudził dość duże zainteresowanie wśród płci przeciwnej. Nieoczekiwanie przed nim pojawił się portal.
Nie ukrywając złości, Geralt patrzył na wyłaniającą się z otchłani kobietę.
Zgrabna blondynka, z wyzywającym dekoltem i
medalionem w kształcie krzyża ankh na szyi. Spojrzała zielonymi oczami
na niezadowolonego mężczyznę i zalotnie
zatrzepotała długimi, czarnymi rzęsami. Ani drgnął.
- Oj Geralt, jak zwykle sztywny – zaśmiała się i rozejrzała
się po pomieszczeniu. Wilk z trudem powstrzymywał się, aby nie spojrzeć w
wyzywający dekolt. Kusiło go, by dokładnie przyjrzeć się małemu pieprzykowi nad
lewą piersią. Uwielbiał pieprzyki, szczególnie znajdujące się w tak ciekawym
miejscu. Wiedział jednak, że potem może skończyć się to poważną rozmową z
Yennefer, więc spojrzał się w jej zielony oczy i wygiął usta w nieładny
uśmiech. – Gdzie Yen?
- Wybiera dla mnie odpowiedni dublet – odrzekł z lekką
rezygnacją w głosie, po czym cicho westchnął, nadal zastanawiając się czy
spojrzeć w tak wyzywający dekolt. Keira uśmiechnęła się i uniosła jedną brew do
góry, przenosząc ciężar ciała bardziej na prawą nogę, sprawiając, że piersi
stały się prawie całkiem widoczne. – O losie – pomyślał.
- Oby wybrała taki dublet, jak ostatnio. Wyglądałeś w nim
niezwykle przystojnie – powiedziała melodyjnym i lekko obniżonym głosem, a
następnie ponownie zatrzepotała długimi rzęsami.
- No nie wytrzymam – przeklął w głowie i szybko spojrzał w
jej piersi, po czym natychmiastowo powrócił do jej oczu. Zauważył arogancki i jednocześnie
zalotny uśmiech. Geralt podrapał się po głowię, a po chwili kaszlnął, aby lekko
ostudzić panującą tu atmosferę.
- No, ale gdzie jest Lambert? – spytała nagle normalniejszym
głosem. Białowłosy wskazał wzrokiem na
siedzącego na ławie, wraz z Shinodą, wiedźmina. Keira skinęła, po czym wolnym krokiem udała
się w stronę dwóch mężczyzn. Szła boso, prawie bezszelestnie, lecz Lambert
rozmawiając aktualnie z Mike’iem, wiedział już, że zmierza w ich stronę. Geralt odetchnął z ulgą, po czym oparł się o
ścianę i ponownie zaczął przegryzać wargę.
- Witaj Lambert – spojrzała na wiedźmina z uniesioną brwią. –
Witaj Mike – popatrzyła na muzyka tylko przez chwilę i wróciła do spoglądania
na wcześniejszy obiekt zainteresowań. – Chodź, pójdziemy wybrać ci dublet –
poinformowała, a za chwilę odwróciła się i kołysząc biodrami udała się w
kierunku masywnych schodów na górę. Wiedźmin z grymasem na twarzy, wstał
niechętnie z ławy i nie spiesząc się ruszył za blondynką. Shinoda został sam.
***
- Myślisz, że będzie dobrze? – Pat nerwowo przeglądała się w
lustrze patrząc od czasu do czasu na Triss. Była dla niej jak druga siostra.
Czerwonowłosa kobieta uśmiechnęła się do dziewczyny i skinęła głową. Jeszcze
nigdy nie widziała tak pięknej,
rubinowej sukienki. Idealnie podkreślała talię niebieskookiej i bardzo
dobrze komponowała się z jej białymi włosami, które spięte w koka z tyłu głowy,
dodawały dodatkowego uroku.
- Lambert będzie zachwycony, mówię ci – podeszła od tyłu i
przytuliła się do Pwerbleidd. Pat uśmiechnęła się delikatnie. Tak bardzo
chciała go zobaczyć, dotknąć jego twarzy, poczuć ciepło jego ciała. Zanurzyć
swoje usta w jego zimnych wargach. Usłyszeć jego głos. Tak bardzo tęskniła. Od
początku, gdy dowiedziała się, że Lambert pojawi się na balu, myślała jak go
przywitać, ja do niego podejść. Co zrobić. Czy rzucić się na niego, czy podejść
z gracją i tylko delikatnie musnąć usta. Jej ekscytacja stawała się czasem
utrudnieniem w szkoleniu techniki magii, lecz nie zważała na to. Po prostu
chciała położyć twarz na jego klatce piersiowej i zostać z nim do końca życia.
Witajcie Kochani!
Ależ wyszedł mi dłuugi, wiedźmiński rozdział. Aż sama jestem zdziwiona. :o
No nic. Czekam na opinie w komentarzach i do następnego! <3
Bywajcie!
ps Osoby, które jadą na koncert LP - udanej zabawy!
